sprzęt: Estonia i longboard

Podróżowanie – jedna z lepszych rzeczy, które można robić razem ze swoim psem! Dla nas najlepsza!

IMG_0601_sfw
Tym razem szykujemy się na Estonię. Decyzję o tym,
aby zabrać ze sobą w podróż longboardy podjęliśmy zastanawiając się jak przyspieszyć i uprzyjemnić te monotonne momenty i  d ł u g i e  marsze, które są nieodzownym elementem każdego autostopowego wyjazdu. D ł u g i e wychodzenie z centrum miasta na wylotówkę. D ł u g i e  czekanie na nadjeżdżające auto.
Często to wszystko za długie.
Kolejnym powodem był też pies Morris, któremu chcieliśmy dodać więcej atrakcji.
Longboardy są łatwe w transporcie (Nixie dodatkowo uszyła worki na nie, z odpowiednią ilością szlufek, regulowanych pasków i innych ściągaczy), stosunkowo lekkie, a przy tym dosyć szybkie i stworzone do poruszania się nimi po mieście, czy do pokonywania dłuższych tras.
W niedługim czasie od podjęcia decyzji skompletowaliśmy swój sprzęt. Ja swoją deskę kupiłem na części: używany blat od Mindless Maverick kosztował 150 zł. Resztę skompletowałem na miejscu w sklepie: trucki Parisy, koła od Divine w rozmiarze 72mm i 78a. Całość zestawu wyniosła ok. 650 zł. Najwięjszą zaletą tego longboarda były właśnie te duże koła, które ułatwiały pokonywanie różnych nierówności. Problemy natomiast sprawiała wysokość deski, ponieważ noga bardzo szybko się męczyła. Dodatkowo flex, który poprawia komfort jazdy po mieście zupełnie nie sprawdzał się przy jeździe z 12kg plecakiem na plecach, deska wytracała dużo energii i była dosyć niestabilna.

IMG_0567_sfw
Nixie zdecydowała się na nowy zestaw – kupiła gotowy set Madrid Grid. Deska stworzona do downhillu, która dzięki charakterystycznemu wyprofilowaniu blatu (dropped) ma niższy środek ciężkości i pozwala na generowanie wyższych prędkości z większą stabilnością. Niestety jest tak niska, że nie radzi sobie
z nierównościami, których nie sposób unikać na ulicach
i ścieżkach rowerowych. Plusem jest to, że jest dosyć krótka (93 cm), co bardzo ułatwia jej transport.

Kiedy w końcu oboje mieliśmy już swoje longi zostały nam dwa tygodnie na oswajanie się, a trzeba wiedzieć, że jazda z kilkunastokilogramowym plecakiem to zupełnie coś innego, więc pierwsza jazda przypominała pierwszą jazdę w ogóle.
Inne prędkości, inny środek ciężkości i – co za tym idzie – inne manewry. Z takim garbem deska zachowuje się zupełnie inaczej, szczególnie podczas zjazdów, sildów, czy najprostszego zeskakiwania
z krawężnika.

Ważne jest aby odpowiednio się spakować.
Jeśli chodzi o plecak to najlepiej środek ciężkości ustawić dosyć nisko, jeżeli pakujemy się niesymetrycznie (np. namiot przytraczamy z boku) to lepiej cięższe rzeczy spakować tak, aby większe obciążenie było na przednią nogę, w zależności czy to goofy foot czy regular. Zwiększamy dzięki temu stabilność jazdy, choć z drugiej strony, mocno obciążmay nogę.

Im mniej rzeczy i bardziej skompresowane – tym lepiej. Nie panikujmy – dobrze pamiętać, że niemalże wszystko można dosztukować w drodze.

IMG_0343_Sfw
Na wyjazd dobrze zaopatrzyć się w zestaw pierwszej pomocy – zarówno dla jeżdżącego jak i dla jeżdżonego.
Biorąc pod uwagę kontuzje, które mogą się przytrafić zdecydowaliśmy się wziąć maść na stłuczenia, bandaż elastyczny, trochę plastrów i jakieś tabletki na przeziębienie (szczęśliwie – rzadko kiedy musimy czegoś używać).
Do naprawiania deski zabraliśmy śrubokręt nasadkowy
z końcówkami (chociaż równie dobrze może to być skatetool), smar do łożysk i kilka montażówek. Taki zestaw powinien wystarczyć, aby poradzić sobie z naprawą podstawowych elementów deski, które w trakcie wyjazdu mogą odmówić posłuszeństwa i popsuć cały trip.
Panikara Nixie wymyśliła jeszcze lampki silikonowe rowerowe,
i jest to całkiem niezłe – przyznaję.

 

Na pewno znacie stronkę golongboard.pl ! A jeśli jeszcze nie, to macie tam rzecz o rzeczach dziesięciu.

Zapraszam do przeczytania o naszym tripie. Klikać to!

pozdrawiam, Młody.

Dodaj komentarz


5 × = 30